Kapitał zaufania

opublikowano: 28 sierpnia 2016
Kapitał zaufania
fot. materiały prasowe

Rekordowo niskie stopy procentowe to dla przedsiębiorstw okazja, żeby tanio pozyskać kapitał. Coraz częściej firmy decydują się na emisje obligacji, kierując swoją ofertę do inwestorów detalicznych, poszukujących alternatywy dla coraz niżej oprocentowanych depozytów

Jeszcze trzy lata temu średnie oprocentowanie depozytów dla gospodarstw domowych sięgało 4 proc., ale w maju tego roku spadło do zaledwie 1,6 proc. w skali roku. Niewiele więcej zarobić można na obligacjach skarbu państwa, których oprocentowanie – w przypadku sprzedawanych ostatnio papierów 2- i 3-letnich – wynosi 2-2,1 proc. Naturalną alternatywą dla posiadaczy nadwyżek finansowych, którym zależy przede wszystkim na bezpieczeństwie lokowanych pieniędzy, są obligacje przedsiębiorstw i banków. Z jednej strony pozwalają osiągnąć 4-5 proc. zysku w skali roku, z drugiej uchodzą za prawie pewną inwestycję. Prawie – bo nie wszyscy emitenci papierów dłużnych wykupują swoje obligacje.

Wzrost w dwucyfrowym tempie

Na koniec pierwszego kwartału wartość długoterminowych obligacji (o zapadalności powyżej roku), wyemitowanych przez przedsiębiorstwa, wyniosła 65 mld zł i była wyższa niż rok wcześniej o 21 proc. Zobowiązania banków z tytułu emisji papierów dłużnych sięgnęły 51 mld zł i były wyższe niż rok wcześniej o 4,4 proc. W pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku te dwie grupy emitentów sprzedały inwestorom papiery za 6,4 mld zł.

Niskie stopy procentowe sprawiają, że koszty finansowania poprzez emisję obligacji są relatywnie niskie. Po globalnym kryzysie związanym z upadkiem Lehman Brothers firmy zrozumiały również, że powinny zdywersyfikować źródła pozyskania kapitału, żeby przynajmniej w pewnym stopniu uniezależnić się od finansowania bankowego– mówi Sławomir Dudziński, dyrektor regionalny w firmie Fitch Ratings.

Banki mogą domagać się wcześniejszej spłaty kredytu, jeśli same znajdą się w trudnej sytuacji finansowej, mogą też zażądać zwiększenia zabezpieczeń. W przypadku obligacji takiego zagrożenia nie ma, a ich emitent do dnia wykupu papierów spłaca tylko odsetki. Kredyt wiąże się z koniecznością regularnych spłat oprocentowania i kapitału.

Mimo szybkiego wzrostu polski rynek obligacji korporacyjnych wciąż jest na wczesnym etapie rozwoju – wartość wyemitowanych przez polskie przedsiębiorstwa obligacji to równowartość 3 proc. PKB, w Stanach Zjednoczonych ta relacja przekracza 50 proc. W USA przedsiębiorstwa 70-80 proc. swoich potrzeb pożyczkowych zaspokajają poprzez emisje obligacji, w Polsce jedynie około 20 proc., resztę pożyczając w bankach. To zarazem pokazuje, jak duży potencjał wzrostu ma nasz rynek, i w najbliższych latach emisji obligacji będzie jeszcze więcej, także tych skierowanych do inwestorów indywidualnych.

Indywidualny inwestor na celowniku

W ostatnich miesiącach to właśnie ta grupa inwestorów jest głównym celem emitentów obligacji. Jedną z przyczyn jest ograniczenie popytu ze strony inwestorów instytucjonalnych, bo coraz mniej pieniędzy płynie do funduszy lokujących kapitał w korporacyjne obligacje, od kupowania papierów dłużnych przedsiębiorstw powstrzymują się też otwarte fundusze emerytalne. Inwestorzy instytucjonalni czekają, aż emitenci zaoferują nabywcom lepsze warunki. Można przypuszczać, że niebawem tak się stanie, bo banki, po wprowadzeniu podatku od aktywów, zaczęły zaostrzać politykę kredytową dla przedsiębiorstw. A rynek kredytowy jest dla obligacji punktem odniesienia – jeśli rośnie koszt pożyczania pieniędzy w bankach, to po pewnym czasie przekłada się to także na wyższe oprocentowanie papierów dłużnych. Zaś inwestorzy indywidualni są w stanie zaakceptować niższe zyski z obligacji, zależy im przede wszystkim na tym, żeby zarobić więcej, niż na bankowej lokacie.

Inwestorzy indywidualni nie potrafią znaleźć właściwego punktu odniesienia do oceny atrakcyjności obligacji. Porównują obligacje z lokatami, a należałoby brać pod uwagę stopę wolną od ryzyka– mówi Emil Szweda z serwisu Obligacje.pl

Za stopę wolną od ryzyka najczęściej uznaje się rentowność papierów dłużnych, emitowanych przez skarb państwa. Kłopoty z oceną ryzyka i związanej z nim premii przez inwestorów indywidualnych, którą powinien zaoferować emitent obligacji, dobrze obrazuje emisja 10-letnich papierów Banku Pocztowego. Bank realizuje program emisji obligacji o wartości 1 mld zł i w jego ramach zaoferował inwestorom detalicznym 10-letnie papiery, które w pierwszym roku oprocentowane są na 4,5 proc. Dla porównania, w tym samym czasie można było kupić na rynku obligacje skarbu państwa dające 3 proc. dochodu rocznie. Premia za ryzyko oferowana przez bank była niezbyt duża, biorąc pod uwagę, że emitentem jest średniej wielkości instytucja finansowa, a dodatkowo sprzedawane obligacje miały charakter podporządkowany (nabywcy tego rodzaju papierów dłużnych zaspokajani są w ostatniej kolejności w razie upadłości emitenta). Można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że inwestorzy instytucjonalni nie kupiliby papierów na takich warunkach.

Warto też pamiętać, że obligacje emitowane przez banki nie są tym samym, co lokata bankowa – nie obejmuje ich system gwarantowania depozytów.

Kto nie wykupuje obligacji

O tym, że rynek obligacji nie jest pozbawiony ryzyka związanego z niewykupieniem przez emitenta papierów dłużnych, co dla ich posiadaczy najczęściej oznacza utratę całości kapitału, pokazują statystyki rynku Catalyst. To powołany do życia w 2009 r. przez GPW parkiet, na którym inwestorzy mogą obracać obligacjami, jeśli emitent zdecyduje się wprowadzić je na rynek. Na początku lipca na Catalyst notowanych było 386 serii obligacji, wyemitowanych przez 140 różnych firm. Między innymi wspomniane także papiery Banku Pocztowego – to rozwiązanie dla inwestorów bardzo wygodne, bo nie muszą trzymać ich w portfelach przez 10 lat, ale mogą sprzedać na rynku.

Okazuje się, że każdego roku emitenci nie wykupują około 4 proc. (biorąc pod uwagę wartość emisji) zapadających w danym roku papierów. W grupie emisji nie większych niż 10 mln zł, których nabywcami są przede wszystkim inwestorzy detaliczni, wskaźnik niewypłacalności jest dużo wyższy i sięga 20 proc. Dla inwestorów szczególnie niekorzystne były lata 2014-2015, kiedy swoich papierów nie wykupiły takie firmy jak PCZ czy e-Kancelaria. Pierwsza ze spółek, prowadząca sieć prywatnych placówek medycznych, jak wynikało z oficjalnych informacji przekazywanych inwestorom jeszcze w I kwartale zeszłego roku, była dobrze prosperującym przedsiębiorstwem. Jednak w lipcu PCZ ogłosiła bankructwo, zostawiła po sobie niespłacone obligacje za ponad 60 mln zł. Działająca na rynku windykacyjnym e-Kancelaria nie wykupiła papierów o łącznej wartości 30 mln zł.

W pierwszym kwartale 2016 r. sytuacja wyglądała już znacznie lepiej – obligacji o wartości 3 mln zł nie wykupiła tylko jedna spółka, co było najlepszym wynikiem od trzech lat.

Rynek Catalyst oczyścił się już z najmniej wiarygodnych emitentów. Ale nawet w okresach bardzo dobrej gospodarczej koniunktury znajdą się firmy, które nie wykupią swoich obligacji – ostrzega Emil Szweda.

Większość obligacji sprzedawanych jest w emisjach prywatnych, czyli ofertach kierowanych do mniej niż 150 inwestorów. Żeby wziąć w nich udział, trzeba figurować w bazach danych biur maklerskich lub firm inwestycyjnych, które takie oferty organizują. Większość papierów nie trafia do obrotu na rynku Catalyst, nie są nigdzie rejestrowane i tym samym trudno oszacować, jaka ich część nie jest wykupywana.

Z fragmentarycznych informacji, które do nas docierają, można wnioskować, że w grupie papierów, które są poza obrotem na Catalyst, odsetek niespłacanych obligacji jest wyższy – ocenia Szweda.

Bez ratingów

Bezpieczeństwo na rynku obligacji byłoby na wyższym poziomie, gdyby spółki – przynajmniej te, które kierują swoją ofertę do inwestorów indywidualnych – zobowiązane były poddać emitowane papiery ocenie agencji ratingowej. Ale przepisy tego nie wymagają, a ocena agencji kosztuje – w przypadku Fitch, Moody’s i S&P, a więc trzech największych tego typu instytucji na świecie, chodzi o koszt rzędu 100 tys. euro rocznie za wydanie ratingu i jego monitoring. Działająca od dziewięciu lat lokalna, polska agencja EuroRating pobiera opłaty rzędu 15-30 tys.złotych rocznie. Przed dwoma laty swoją agencję ratingową, która po „wysoce konkurencyjnych cenach” miała oceniać wiarygodność kredytową małych i średnich spółek, powołała do życia Giełda Papierów Wartościowych, ale na razie nie rozpoczęła ona działalności.

Nie chodzi tylko o wysokość opłat. Skoro inwestorzy nie pytają o rating, a obligacje i tak się sprzedają, to firmy nie widzą potrzeby, żeby starać się o ocenę wiarygodności kredytowej – tłumaczy Emil Szweda.

Efekt jest taki, że na rynkach rozwiniętych 90 proc. emitentów posiada ocenę wiarygodności kredytowej, w Polsce jedynie około 10 proc. Jak udowodnił kryzys z lat 2008-2009, agencje ratingowe nie zawsze potrafią dobrze wywiązać się ze swoich obowiązków, ale ich ocena mimo wszystko stanowiłaby dla inwestorów ułatwienie w wyborze właściwych obligacji. A tak działają na nim po omacku.


Autor: Tomasz Jóźwik

 
 

Zaloguj się, by uzyskać dostęp do unikatowych treści oraz cotygodniowego newslettera z informacjami na temat najnowszego wydania

Zarejestruj się | Zapomniałem hasła